Archiwum kategorii ‘ogólne’

bejbuś, co to bym go chciała.

luty 13, 2009

ostatnio skończyłam 28 lat. no i dopadło mnie przerażenie, żem jest już stara, a śmierć i choroba czają się na każdym kroku. na szczęście przestrach już minął, ale pojawiła się chęć małej stabilizacji. a w “moim” wieku stabilizacja to: stała praca, własne mieszkanie, własny samochód, zalegalizowany (mniej lub bardziej) związek oraz DZIECKO.

no cóż… stała praca – niet (średnio szukam, bom leń śmierdzący), własne mieszkanie – niet (miły pan posiada, ale to nie moje je), własny samochód – niet (mimo posiadania prawa jazdy już od 8 lat, do kierwonicy mam dwie lewe ręce. więc nieposiadanie samochodu to dla bezpieczeństwa społeczeństwa, w którym żyję), mniej zalegalizowany związek (raczej wcale niezalegalizowany) – da, DZIECKO – niet (zdaje się, że o to byłoby najłatwiej, ale miły pan uważa jak może).

DZIECKO. chcę bardzo i jak najszybciej. miły pan mówi, że tak, ale jeszcze nie teraz. zdaje się, że chyba będzie chciał prezent na 40-ste urodziny. a co jeśli ja nie będę wtedy chciała, bo, na ten przykład, będę się cudownie realizować w cudownej pracy? zaczynam coraz częściej myśleć, że należało mieć dziecko w czasie studiów. miałoby tłumy wujków i cioć, i nie byłoby dzięki temu socjopatą. a ja także, jako studiująca mama, nie miałabym czasu na budowanie wokół maleństwa klatki. a teraz? pewnie urodzę małego bejbusia/małą bejbusię, będę chuchać i dmuchać, i dziecku życie zatruwać. wariatka.

nie ma czego żałować, co się odwlecze, to nie uciecze. byle nie za bardzo odwlekać. mam nadzieję, że uda mi się miłego pana przekonać do szybkiego aktu prokreacji :) .zdaje mi się, że byłby dobrym ojcem. sym znajomych go uwielbia. mówi o miłym panu, że jest jego najlepszym kolegą.

aha. zapomniałam napisać, że odkąd pamiętam, to nie chciałam mieć dzieci. a tu taka nagła odmiana :) rodzić, rodzić, rooooodziiiiić chcę!!! co się dzieję. może to dlatego, że jak patrzę na koleżanki na naszej-klasie.pl, to rozmnażają sie jak króliki! gdzie ja byłam, gdy one zachodziły w ciążę i rodziły dzieci? na co tu czekać? no i żadna, żadna z nich nie żałuje, że rodziła mając 19-22 lata. żadna, powtarzam. jak patrzę na te rosnące brzuchy i małe zawiniątka, to szlag mnie trafia, że ja nie mam takiego. już czas. tik-tak, tik-tak.

miły pan już chrapie (masakrycznie zresztą). jutro walentynki. może coś, kochanie, zadziałamy? :)

takiego rozwalacza zamków z piasku chcę!

takiego rozwalacza zamków z piasku chcę!

nie wiem, kiedy znowu coś napiszę :/

czerwiec 2, 2008

no więc korzystając z chwili wolnej, piszę notkę, która być może będzie w ogóle ostatnia. ale za to dodałam dwa linki: jeff’a buckley’a i kabaret hrabi (joasia się cieszy, taka fajna niespodzianka).

pojutrze lecę do londynu. mam zamiar nigdy nie wrócić. pewnie to zostanie tylko zamiarem, ale kto wie, może się uda… może odkryję w sobie pokłady wielkiej siły i dam radę utrzymać się w garści. zobaczymy, czy kochany pomoże. dlaczego ja nie potrafię jak normalny człowiek wymysleć sobie sposobu na siebie i swojego miejsca na świecie i walczyc o to? dlaczego, cokolwiek, czego się podejmuję, już na starcie uważam za do niczego? jak mnie to wkurwia! może to lotnisko będzie inne… już mam dość. zaczynam kombinować jak zabić się tak, żeby jak najmniej bolało. nie obchodzą mnie inni. a już najmniej moja rodzina. chwilami tak ich nienawidzę, że mogłabym pozabijać.

niby ma być fajnie, a jest… do kitu. dobrze, że jest iza i kacper. chyba muszę się położyć. nie mam siły na nic. pakowanie w proszku. na zewnątrz taka piękna pogoda, a ja tu deprecha. nie daję rady, no…

pa.

krótko dziś, jutro może więcej

maj 28, 2008

się opuściłam w pisaniu, ale jakoś weny nie było.

4ego lecę do londynu. krzychu czeka podobno. “teściowa” przeżywa najbardziej. wysoce prawdopodobne jest, że pracować będę na heathrow (terminal cargo – który, nie wiem). coś czuję, że będzie kiszka z tego jakaś niefajna. jak ktoś zna kogoś, kto chce wynająć pokój w mieszkaniu blisko heathrow, to chętnie namiary wezmę :)

załamka, again.

maj 4, 2008

i znowu dopadła mnie dolina. znowu jest źle i nie chce się żyć. znowu myślę jak jednym prostym ruchem wszystko rozwiązać. :(

a weekend był taki miły… najpierw z izą, później z grześkiem, zbyszkiem i leszkiem na łódce, na jezioraku. lepiej czuję się ze znajomymi, niż z rodziną. dużo lepiej. w nich mam większe oparcie. moi rodzice są tacy… smutni. oni nigdy nie zabrali nas (mnie i moich sióstr) na łódkę, ani pod namiot. nigdy nie poszliśmy razem na lody, ani na pizze. nigdy. tylko dom, dom, dom. nie potrafią cieszyć się z tego, że jesteśmy razem. nie potrafią cieszyć się życiem. a mnie to dusi. moja mama to takie perpetuum mobile stresu. ją tylko interesuje kto jest chory albo kto zmarł. niedzielny spacer na cmentarz urządza. czasem strasznie jej nie lubię. taka dulska. a mój ojciec to taki pantoflarz, który w towarzystwie (czyli, na szczęście, rzadko) udaje wielkiego inteligenta. jakoś nie czuję w rodzinie oparcia. nie umiem z nimi rozmawiać. w ogóle jest do dupy.

muszę znaleźć mieszkanie w londynie, koło heathrow. ma ktoś namiary? :)

niedobrze, niedobrze, niedobrze.

morz(ż)e miłości?

kwiecień 20, 2008

rozmowa – w porządku, ale czuję w kościach, ze nie dostanę tej pracy.

wczoraj dzwoniła “teściowa”-krzychu nie daje znaku życia od tygodnia. do mnie się odzywał ostatnio w czwartek. chyba żyje. znowu też pytała, czy nie zamierzam jechać do anglii. znowu jej powiedziałam, że jak na razie nie wybieram się.

znowu, zanim zasnę, płaczę. nie spodziewałam się, że ten głupek będzie tyle dla mnie znaczył. czasem mi się wydaje, że jestem dla niego taką zabawką. że sobie ubzdurałam, że coś z tego będzie. ja jestem po szyję w tym morzu miłości, a Ty stoisz na brzegu, a woda ledwo dotyka Twoich stóp. patrzysz, a ja zaczynam czuć się jak idiotka. nie wiem, co mam zrobić, nie wiem.

moje życie jest zdominowane przez to durne uczucie, jestem zła na siebie za to. on potrafi być taki kochany, ale przez większość czasu mam ochotę go udusić. zaczynam się obawiać, że będę cierpieć… prędzej, czy później.

słońce świeci z dupy

kwiecień 9, 2008

obejrzałam “juno”. świetny film. komentarze juno są pierwszorzędne.

dziś mam doła. nie chcę jechać pod bristol, opiekować się padluchami, tfu!, dziadkami znaczy. nonsens. i to za 12 dni, czyli wylot za jakieś 10 dni. jeszcze nie oszalałam. poza tym tyrka 6 dni w tygodniu, za 5,52 funta za godzinę? angole za taką kasę robić nie chcą, to polaków najlepiej wpieprzyć. nie.

pieprzone moje słońce mnie olało. nie reaguje na życzenia urodzinowe. padluch!

“starzy” znajomi

kwiecień 8, 2008

w weekend pojechałam na spotkanie ze znajomymi ze studiów do trójmiasta. postarzeli mi się kochani! mentalnie to oni są koło pięćdziesiątki. przerażające. ja tak nie chcę. w piątek najpierw siedzieliśmy u kapsla, potem pojechaliśmy do sopotu potańczyć. wszyscy pili drinki, nikt nie walnął “lufy”… w sobotę też nie. a jak mieszkaliśmy w toruniu, to drinki były niedopuszczalne. no i proszę, minęły niecałe 3 lata, niektórzy się pobrali i już czysta nie jest ok. w sobotę byliśmy w ikei… o, boże! myślałam, że tam zejdę lub, że wskoczę do wózka i powiem, że mogą mnie na końcu do bagażnika zapakować. a oni…? kłócili się o wzór talerzy :) nigdy więcej nie pójdę do ikei! oni są tacy porządni, czuję się przy tej czwórce jak dziecko, niedojrzale i głupio. inwestują w nieruchomości, myślą o dzieciach, pracy, wiązaniu się i przyszłości. może ja rzeczywiście jakaś głupia jestem?

od wczoraj szukam pracy. marta, dziewczyna kapsla (urocza, urocza!) powiedziała, że mogę spróbować w LPP, że firma niezła i warunki spoko. no więc próbuję.

słucham nowej płyty the raconteurs – dla mnie bomba!

dziś siedziałam w spichlerzu – papierzyska do krs’u przygotować ktoś musiał. dowiedziałam się, że jako członek zarządu wjazd na koncerty mam za free. miło. no i z gepardem się oczywiście żarłam.

jutro mój kochany ma urodziny, 38-me. nawiązując do tytułu posta – stary jest. w każdym razie 11 lat starszy ode mnie – dla mnie to dość stary, no. chyba zamiast “skarbie”, będę do niego mówić “stary” lub “staruchu”, lub “staruszku”. się wścieknie :)

smacznego ciacha, Stary!

love, love, love… :D

kwiecień 2, 2008

a jednak jestem zakochana. strasznie. rączki opadają. to takie miłe. “my love” znowu pojechał do londynu. jest uroczy, nawet nie przeszkadza mi, gdy mówi do mnie “pyza”. lubię jak mnie całuje i w ogóle. lubię, gdy jest blisko i doprowadza mnie do śmiechu. uwielbiam się z nim śmiać.

serce.jpg
oby mi tylko serca nie złamał…

…tylko po co?

marzec 25, 2008

cały czas narzekam. nic mi się nie podoba. zawsze znajdę dziurę w całym. a może powinnam być szczęśliwa? np. z tego, że żyję. tak po prostu. po co na siłę szukać rzeczy raczej poza zasięgiem? mnie to nie motywuje, tylko unieszczęśliwia. bo przecież zawsze może być lepiej. poza tym małe rzeczy nie sprawiają mi radości. źle, źle, źle… nich już przyjdzie ta wiosna!

spacer

marzec 17, 2008

dziś poszłam na spacer. kiedyś nie wrócę ze spaceru takiego jak ten. wyjdę z domu i będę szła i szła przed siebie… daleko, tam gdzie nikt mnie nie zna, gdzie ja nie znam nikogo… gdzie nie będzie mi na ludziach zależało w ogóle. tam, gdzie nie będę od nikogo niczego oczekiwać, a ludzie nie będą musieli czuć się wobec mnie w jakikolwiek sposób zobowiązani. tam, gdzie nie będzie żalu, ani łez… uśmiechu i radości też nie będzie. nie będę nikomu zazdrościć szczęścia, bo nie będę go widzieć. muszę tylko pozbyć się przywiązania do tego życia i pozbyć się strachu, który paraliżuje mnie jak tylko otworzę oczy rano. zdaje się, że już powoli stawiam pierwszy krok – przestaje mi zależeć na mnie. żeby tylko udało się zobojętnieć na otoczenie…

zdaje się, że to nie będą miłe i wesołe święta. nie tylko przez pogodę…