ciężki piątek, samotna sobota, nudna niedziela, przyziemny poniedziałek
luty 10, 2008No więc piątek był bardzo ciężki… alkoholowo, oczywiście. w sumie to uważam, że zabawne we mnie jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy się upiję :/ zwykle wychodzi mi to zupełnie spontanicznie, jestem wtedy miła, uśmiechnięta i zidiociała… słodko, słodko. wróciłam około 3 nad ranem, mama przywitała mnie w drzwiach, wyzywając od drobnych pijaczków, ups! rano też mnie ochrzaniła, no cóż, trudno się mówi i leczy się kaca…
sobota upłynęła na leczeniu się z syndromów dnia poprzedniego, w ciszy i spokoju, z telefonem z łapce i kombinowaniem “co by tu napisać?”… kochanie ma doła… tak przynajmniej twierdzi. przed snem czytałam nową książkę eco “superman w literaturze masowej…” i dochodzę do wniosku, że chyba jednak mało inteligentna jestem… no cóż, nie każdy może…
niedziela - mały spacer, trochę muzyki, kawałek jakiegoś filmu, nuda, Panie! pogadałam troszkę z anią na gg. o pracy, wyprawie do ginekologa, facetach… otóż ona twierdzi, że powinnam z krzyśkiem zamieszkać i poznać się lepiej, spróbować być ze sobą. tylko jak mu to powiedzieć, bo mam z lekka wrażenie, że się za bardzo pakuję z butami…:/zawsze mieszkałam z rodzicami, zawsze, w sumie, byłam sama. czy ja kogoś kochałam? może mi się tylko wydaje? a jeśli ja go wcale nie kocham… przyjemność sprawia mi jak się kłócimy, dogryzamy sobie. mimo, że się oburzam i dąsam, to w głębi duszy jestem zadowolona i szukam gdzie ugryźć, żeby bolało… i najlepsze jest to, że on zdaje się o tym wiedzieć i potrafi mi dokuczać w sposób sprawiający mi przyjemność
kurna, gierki męsko-damskie porąbane!
a jutro poniedziałek - praca, praca, praca i paluchy pana doktora (bleee…, niefajnie)