i znowu dopadła mnie dolina. znowu jest źle i nie chce się żyć. znowu myślę jak jednym prostym ruchem wszystko rozwiązać.
a weekend był taki miły… najpierw z izą, później z grześkiem, zbyszkiem i leszkiem na łódce, na jezioraku. lepiej czuję się ze znajomymi, niż z rodziną. dużo lepiej. w nich mam większe oparcie. moi rodzice są tacy… smutni. oni nigdy nie zabrali nas (mnie i moich sióstr) na łódkę, ani pod namiot. nigdy nie poszliśmy razem na lody, ani na pizze. nigdy. tylko dom, dom, dom. nie potrafią cieszyć się z tego, że jesteśmy razem. nie potrafią cieszyć się życiem. a mnie to dusi. moja mama to takie perpetuum mobile stresu. ją tylko interesuje kto jest chory albo kto zmarł. niedzielny spacer na cmentarz urządza. czasem strasznie jej nie lubię. taka dulska. a mój ojciec to taki pantoflarz, który w towarzystwie (czyli, na szczęście, rzadko) udaje wielkiego inteligenta. jakoś nie czuję w rodzinie oparcia. nie umiem z nimi rozmawiać. w ogóle jest do dupy.
muszę znaleźć mieszkanie w londynie, koło heathrow. ma ktoś namiary?
niedobrze, niedobrze, niedobrze.