dziś jest mi smutno. nie dość, że zawsze pesymizm, to jeszcze ten durny smutek i użalanie się nad sobą. i, oczywiście, żadnego wsparcia. nic. cisza. brak 2 minut dziennie, nie, choćby raz na 4-5 dni, na to, żeby wysłać sms’a, to chyba jest totalny brak czasu i czegokolwiek dla mnie. iza powiedziała, że ja potrzebuję jakiegoś wariata, który zwariowałby choć lekko dla mnie… a co mam? w sumie to nic. czasami miewam się do kogo przytulić. ale chyba nie chcę, żeby tak wyglądało moje życie. cholernie mi przykro i chce mi się płakać. ale zagryzam zęby i heja banana… ale na co mi to?
pracy na lotnichu nie dostałam. podobno doszli do wniosku, że w sytuacjach stresowych mogłabym się przestraszyć i nie reagować w odpowiedni sposób… hmm… no pewnie mają rację, zaczęłabym najpewniej zabijać płacząc. spichlerzowcy się ucieszyli, cała ich trójka - spichlerz.com.pl - tu spędzam dużo czasu, nie tylko tego wolnego i pewnie zacznę się ostrzej w stowarzyszeniu udzielać. jak ktoś będzie przejazdem w kwidzynie, to zapraszam
jest fajnie.
dziś obejrzałam “rezerwat”. podobał mi się. karolak mi nie pasował do roli, ale ok.
wczoraj obejrzałam “to nie jest kraj dla starych ludzi”. boję się oglądając takie filmy, bo przemoc w nich jest realna i nikt nie da słowa, że to co się tam dzieje jest niemożliwe. zupełnie inaczej niż, np. “grindhouse - planet terror” - krew lejąca się przed kamerą po pewnym czasie rozśmiesza. film coenów sprowadza na ziemię. polecam.
a tytuł tego wpisu to do mnie, żebym w końcu ruszyła tą swoją wielką dupę…