aha!
luty 27, 2008brzydka, głupia, niepotrzebna i stara jeszcze!
brzydka, głupia, niepotrzebna i stara jeszcze!
mam dziś doła. znowu. wydaje mi się, że jestem brzydka, głupia i niepotrzebna. zła jestem na siebie za te niże. się jakoś w garść wziąć nie mogę. jak zacznę sobie wkręcać, to rączki załamane i łzy lecą jak grochy w poduszkę. a rano wory pod oczami i załamki ciąg dalszy… i nie ma się, k..wa, do kogo przytulić w tej chwili. nie ma dupka, gdy go potrzebuję. kij mu w oko ![]()
no więc wizyta u pani “teściowej” odfajkowana. gołąbki bardzo smaczne, herbata słodka jak nigdy. porozmawiałyśmy, podpowiadała jak podejść synusia - “pod włos go trzeba” powiedziała. no zobaczymy… poza tym popierała moje plany z ewentualnym wyjazdem do uk. tylko czy ja sama je popieram?
po tej jakże dystyngowanej wizycie pobiegłam do izabeli, z którą to kupiłyśmy sobie litr cin cin i trochę toniku i piłyśmy do dna. rano był leciutki syndrom udanego wieczoru, ale jedna tabletka zabójcy bólu postawiła mnie na nogi. reszta weekendu nudna. jak zwykle zresztą. oglądam sukcesywnie odcinki flight of the conchords i nadal umieram ze śmiechu. co za urocze fajtłapy! jakieś takie uczucia macierzyńskie się budzą w kobiecie
fajny filmik znalazłam youtube.com/watch?v=GmwqpHsMExg - uroczy koteczek
jutro czeka mnie rozmowa z kapslem o przedszkolu, a raczej o tym, że chcę z tego zrezygnować. udusi mnie przez słuchawkę :/
dziś wizyta u pani mamy krzyśka… na gołąbki mam zaproszenie
a potem porządzimy w spichlerzu! piwko, ludzie, będzie fajne.
a jutro rozmowa z mamą o przedszkolu (pomysł kacpra, który żyć mi nie daje) i o pracy na lotnisku heathrow lub gatwick… co tu zrobić?
jeszcze 8 dni do pracy i koniec. zacznie się kombinowanie. w sumie już zaczęłam. myślę, żeby zacząć coś swojego - usługi doradcze w zakresie pozyskiwania dotacji i innych pieniędzy zewsząd. jak spadać to z wysokiego konia, do głębokiej wody (nie umiem pływać). można pozyskać kasę z PUP na otwarcie działalności i spróbować przez rok, jak zda egzamin - ciągnąć dalej, a jak nie, to rzucić w cholerę.
wczoraj dzwonił kacper i wyskoczył z pomysłem otworzenia przedszkola w trójmieście. jakoś ta akurat wizja mnie troszkę przeraża, ale wcześniej też o tym myślałam, o takim maleńkim przedszkolu dla kilkorga dzieci (takie podobno otwierać można - “domowe przedszkola”), ale pomysł zarzuciłam, bo sądzę, że tutaj by się nie przyjął. ale też wyskoczył z pomysłem firmy konsultingowej. no zobaczymy co się urodzi z tego wszystkiego.
dziś ania rzuciła wypowiedzenie, a prezo kazał jej je podrzeć. siedzi w robocie do końca kwietnia, a potem będą deklaracje tak poważna jak rzucanie wypowiedzeniem prezowi na biureczko. chyba racja.
za miesiąc przylatuje krzysiek. hmmm… muszę wskoczyć na kawę do jego mamy, bo będzie obrazo-uraza
panią mamę ukochanego trzeba zaatakować ciachem i kawusią! szczególnie, że zdaje się, że ma duży wpływ na jedynaka. byle tylko przy kawie nie narzekać na oddalenie i skąpstwo smsowo-telefoniczne syna, bo na pewno obróci się to przeciwko mnie
youtube.com/watch?v=WGOohBytKTU - flight of the conchords “business time” (two minutes in heaven is better than one minute in heaven) - w dalszym ciągu uwielbiam
youtube.com/watch?v=jc3ZAs17uAg - beirut “nantes” (na tegorocznym open’erze posłuchać będzie można i zobaczyć)
aha! i moja siostra powiedziała na mnie: BALLADYNIA!!!!
niedawno ich odkryłam. dzięki kacprowi w sumie. ale mniej więcej w tym samym czasie znalazłam ich na stronie mando. są świetni. to ten rodzaj poczucia humoru, który rozkłada mnie na łopatki. uwielbiam słuchać ich piosenek, są niby naiwne, jakby pisało je dziecko. ale wydaje mi się, że pokazują zagubienie facetów naszych czasów. ich niemożność dotarcia do robiących kariery zawodowe kobiet, problemy życia w wielkim mieście, ogólnie problemy świata (górnolotne stwierdzenie, ale wydaje mi się, że tak jest). jakoś nie wyobrażam sobie kobiet śpiewających podobne utwory. cóż drogie panie, często brak nam dystansu i poczucia humoru na temat nas samych, naszych problemów i fobii. a szkoda… życie byłoby łatwiejsze!
youtube.com/watch?v=WGOohBytKTU - moja dotychczas ulubiona piosenka. dobrej zabawy!
zapewne wszyscy słyszeli o fenomenie nasze-klasy.pl. a 3/4 z tych, którzy słyszeli zarejestrowało się i dzień zaczyna od sprawdzenia, czy przypadkiem nie pojawił się ktoś nowy. ja też dałam się w to wciągnąć…:/ na początku cieszyłam się strasznie, gdy co chwilę ktoś chciał dodać mnie do swoich znajomych i gdy ja mogłam zaprosić kogoś do swoich znajomych. czy bawi mnie to teraz? hmmm… jak rozmawiać z ludźmi, którzy kiedyś byli bliscy, a po kilku (kilkunastu, kilkudziesięciu) latach ciszy nagle wyskakują z pytaniem “co słychać?”, tak jakbyśmy nie rozmawiali przez tydzień? mi jakoś ciężko się otworzyć… ale próbuję, przez wzgląd na dawną przyjaźń/znajomość. ale czy zależy mi na odgrzewaniu dawnych relacji? no nieszczególnie :/ miłe to wszystko, ale czy zmieni znacząco moje życie? raczej wątpię.
No więc piątek był bardzo ciężki… alkoholowo, oczywiście. w sumie to uważam, że zabawne we mnie jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy się upiję :/ zwykle wychodzi mi to zupełnie spontanicznie, jestem wtedy miła, uśmiechnięta i zidiociała… słodko, słodko. wróciłam około 3 nad ranem, mama przywitała mnie w drzwiach, wyzywając od drobnych pijaczków, ups! rano też mnie ochrzaniła, no cóż, trudno się mówi i leczy się kaca…
sobota upłynęła na leczeniu się z syndromów dnia poprzedniego, w ciszy i spokoju, z telefonem z łapce i kombinowaniem “co by tu napisać?”… kochanie ma doła… tak przynajmniej twierdzi. przed snem czytałam nową książkę eco “superman w literaturze masowej…” i dochodzę do wniosku, że chyba jednak mało inteligentna jestem… no cóż, nie każdy może…
niedziela - mały spacer, trochę muzyki, kawałek jakiegoś filmu, nuda, Panie! pogadałam troszkę z anią na gg. o pracy, wyprawie do ginekologa, facetach… otóż ona twierdzi, że powinnam z krzyśkiem zamieszkać i poznać się lepiej, spróbować być ze sobą. tylko jak mu to powiedzieć, bo mam z lekka wrażenie, że się za bardzo pakuję z butami…:/zawsze mieszkałam z rodzicami, zawsze, w sumie, byłam sama. czy ja kogoś kochałam? może mi się tylko wydaje? a jeśli ja go wcale nie kocham… przyjemność sprawia mi jak się kłócimy, dogryzamy sobie. mimo, że się oburzam i dąsam, to w głębi duszy jestem zadowolona i szukam gdzie ugryźć, żeby bolało… i najlepsze jest to, że on zdaje się o tym wiedzieć i potrafi mi dokuczać w sposób sprawiający mi przyjemność
kurna, gierki męsko-damskie porąbane!
a jutro poniedziałek - praca, praca, praca i paluchy pana doktora (bleee…, niefajnie)
już minęła środa, prawie minęła. czas zasuwa niemiłosiernie. czy to dobrze? no nie wiem.
prezes namawia mnie, żebym została w pracy, ale już powiedziałam, że zdecydowałam się odejść. nie było fajnie, więc już nie wierzę, że w tej akurat pracy fajnie być może. nic na to nie poradzę. dalej zmagam się z milionem stron internetowych dotyczących pracy… i tylko zmieniam zapisy w liście motywacyjnym. i namawiam potencjalnych pracodawców “zatrudnijcie mnie! abra kadabra!”. może moje zaklęcia podziałają.
wczoraj była na śledziku u znajomych. bardzo miło było, wódeczki się w gardziołko wlało deczko…
znalazłam… nie, moja siostra znalazła fajną stronę ze zdjęciami. facet robi zdjęcia ludziom na ulicy, imprezie i gdziekolwiek… fakt, że w paryżu, londynie, mediolanie, nowym jorku, sztokholmie i gdzie tam jeszcze, ale wszystkie osoby wyglądają tak normalnie, nawet w najbardziej ekstrawaganckich zestawieniach. takie miłe wrażenie sprawiają. jedni pewnie patrzą w obiektyw, inny niby przyłapani uciekają zakłopotani tym wyróżnieniem… fajne, naprawdę fajne
facehunter.blogspot.com
kapsel zaprasza na weekend do trójmiasta. zaprasza też w marcu, ale wtedy kochanie przyjeżdża, więc będę miała chyba ciekawsze zajęcia… a gdy spytałam kapsla, czy mogę wpaść z krzyśkiem, ten odparł, że spoko, ale nie dysponuje wózkiem inwalidzkim i balkonikiem dla starszych ludzi… świniak jeden, no! on myśli, że jak facet jest 11 lat starszy, krótko przed czterdziestką to już na szrot się nadaje tylko, a nie, na przykład, do łóżka! no zobaczymy jaki z niego będzie chojrak w wieku 37 lat
coś czuje, że się wypsztyka z energii i spierniczeje… i tak go lubię… mimo naszego zakładu, którego zdaje się mi nie odpuści
może nie będzie musiał, może to ja wygram!