po pierwsze: byłam wczoraj na koncercie potty umbrella. się podobało się. uwielbiam patrzeć, kiedy ludziom na scenie to co robią sprawia przyjemność. a im zdaje się sprawiało granie dużo przyjemności. szczególnie basista się cieszył. a muzyka… są dobrze zgrani, pozwalają sobie na improwizowanie delikatne, ale wszystko idzie równo i prócz lekkiej psychodeli momentami (oj, lubię to, lubię) jest fajnie i głośno. no i nie trzeba się skupiać na wokalu, bo go prawie nie ma. ale to nie wada, wręcz odwrotnie. a więc ogólnie: jest dobrze!
po drugie: przyjechała siostra. już mnie wkurzyła, a jest krócej niż 48 godzin. nie jest fajnie, gdy ktoś bliski sprawia przykrość… w końcu przestanie mi zależeć na tym, co ona myśli… w ogóle przestanie mi zależeć na niej.
po trzecie: krzysiek napisał, że skoro źle było mi w obecnej pracy, to olałam ją i już. i że znajdę inną, lepszą. mam nadzieję… jeśli zacznę sobie tak powtarzać, to może rzeczywiście się tak stanie :]