
aż się chce iść na spacer...

aż się chce iść na spacer...
ostatnio skończyłam 28 lat. no i dopadło mnie przerażenie, żem jest już stara, a śmierć i choroba czają się na każdym kroku. na szczęście przestrach już minął, ale pojawiła się chęć małej stabilizacji. a w “moim” wieku stabilizacja to: stała praca, własne mieszkanie, własny samochód, zalegalizowany (mniej lub bardziej) związek oraz DZIECKO.
no cóż… stała praca – niet (średnio szukam, bom leń śmierdzący), własne mieszkanie – niet (miły pan posiada, ale to nie moje je), własny samochód – niet (mimo posiadania prawa jazdy już od 8 lat, do kierwonicy mam dwie lewe ręce. więc nieposiadanie samochodu to dla bezpieczeństwa społeczeństwa, w którym żyję), mniej zalegalizowany związek (raczej wcale niezalegalizowany) – da, DZIECKO – niet (zdaje się, że o to byłoby najłatwiej, ale miły pan uważa jak może).
DZIECKO. chcę bardzo i jak najszybciej. miły pan mówi, że tak, ale jeszcze nie teraz. zdaje się, że chyba będzie chciał prezent na 40-ste urodziny. a co jeśli ja nie będę wtedy chciała, bo, na ten przykład, będę się cudownie realizować w cudownej pracy? zaczynam coraz częściej myśleć, że należało mieć dziecko w czasie studiów. miałoby tłumy wujków i cioć, i nie byłoby dzięki temu socjopatą. a ja także, jako studiująca mama, nie miałabym czasu na budowanie wokół maleństwa klatki. a teraz? pewnie urodzę małego bejbusia/małą bejbusię, będę chuchać i dmuchać, i dziecku życie zatruwać. wariatka.
nie ma czego żałować, co się odwlecze, to nie uciecze. byle nie za bardzo odwlekać. mam nadzieję, że uda mi się miłego pana przekonać do szybkiego aktu prokreacji
.zdaje mi się, że byłby dobrym ojcem. sym znajomych go uwielbia. mówi o miłym panu, że jest jego najlepszym kolegą.
aha. zapomniałam napisać, że odkąd pamiętam, to nie chciałam mieć dzieci. a tu taka nagła odmiana
rodzić, rodzić, rooooodziiiiić chcę!!! co się dzieję. może to dlatego, że jak patrzę na koleżanki na naszej-klasie.pl, to rozmnażają sie jak króliki! gdzie ja byłam, gdy one zachodziły w ciążę i rodziły dzieci? na co tu czekać? no i żadna, żadna z nich nie żałuje, że rodziła mając 19-22 lata. żadna, powtarzam. jak patrzę na te rosnące brzuchy i małe zawiniątka, to szlag mnie trafia, że ja nie mam takiego. już czas. tik-tak, tik-tak.
miły pan już chrapie (masakrycznie zresztą). jutro walentynki. może coś, kochanie, zadziałamy?

takiego rozwalacza zamków z piasku chcę!

woda opadła, syf został
wróciłam. na bloga…
no więc korzystając z chwili wolnej, piszę notkę, która być może będzie w ogóle ostatnia. ale za to dodałam dwa linki: jeff’a buckley’a i kabaret hrabi (joasia się cieszy, taka fajna niespodzianka).
pojutrze lecę do londynu. mam zamiar nigdy nie wrócić. pewnie to zostanie tylko zamiarem, ale kto wie, może się uda… może odkryję w sobie pokłady wielkiej siły i dam radę utrzymać się w garści. zobaczymy, czy kochany pomoże. dlaczego ja nie potrafię jak normalny człowiek wymysleć sobie sposobu na siebie i swojego miejsca na świecie i walczyc o to? dlaczego, cokolwiek, czego się podejmuję, już na starcie uważam za do niczego? jak mnie to wkurwia! może to lotnisko będzie inne… już mam dość. zaczynam kombinować jak zabić się tak, żeby jak najmniej bolało. nie obchodzą mnie inni. a już najmniej moja rodzina. chwilami tak ich nienawidzę, że mogłabym pozabijać.
niby ma być fajnie, a jest… do kitu. dobrze, że jest iza i kacper. chyba muszę się położyć. nie mam siły na nic. pakowanie w proszku. na zewnątrz taka piękna pogoda, a ja tu deprecha. nie daję rady, no…
pa.
się opuściłam w pisaniu, ale jakoś weny nie było.
4ego lecę do londynu. krzychu czeka podobno. “teściowa” przeżywa najbardziej. wysoce prawdopodobne jest, że pracować będę na heathrow (terminal cargo – który, nie wiem). coś czuję, że będzie kiszka z tego jakaś niefajna. jak ktoś zna kogoś, kto chce wynająć pokój w mieszkaniu blisko heathrow, to chętnie namiary wezmę
i znowu dopadła mnie dolina. znowu jest źle i nie chce się żyć. znowu myślę jak jednym prostym ruchem wszystko rozwiązać.
a weekend był taki miły… najpierw z izą, później z grześkiem, zbyszkiem i leszkiem na łódce, na jezioraku. lepiej czuję się ze znajomymi, niż z rodziną. dużo lepiej. w nich mam większe oparcie. moi rodzice są tacy… smutni. oni nigdy nie zabrali nas (mnie i moich sióstr) na łódkę, ani pod namiot. nigdy nie poszliśmy razem na lody, ani na pizze. nigdy. tylko dom, dom, dom. nie potrafią cieszyć się z tego, że jesteśmy razem. nie potrafią cieszyć się życiem. a mnie to dusi. moja mama to takie perpetuum mobile stresu. ją tylko interesuje kto jest chory albo kto zmarł. niedzielny spacer na cmentarz urządza. czasem strasznie jej nie lubię. taka dulska. a mój ojciec to taki pantoflarz, który w towarzystwie (czyli, na szczęście, rzadko) udaje wielkiego inteligenta. jakoś nie czuję w rodzinie oparcia. nie umiem z nimi rozmawiać. w ogóle jest do dupy.
muszę znaleźć mieszkanie w londynie, koło heathrow. ma ktoś namiary?
niedobrze, niedobrze, niedobrze.
no i przyjdzie mi wyjechać do londynu. “teściowa” się ucieszy. krzysiek coś milczy, może go zatkało. weekend poświęcę znajomym – izabelka ma jutro urodziny, podwójną osiemnastkę
mieliśmy nad jezioro jechać, ale ktoś zajął domek, dominika się spóźniła.
mimo tych zawirowań staram się z optymizmem patrzeć w najbliższą przyszłość. oj, kapsel się obrazi!
aha, ostatnio na trójce pan polecał jednego gościa posłuchać. posłuchałam i fajne – yoav. tylko trochę mi przypomina remy’ego shand’a. troszkę też bajzla – przez tą gitarę.
rozmowa – w porządku, ale czuję w kościach, ze nie dostanę tej pracy.
wczoraj dzwoniła “teściowa”-krzychu nie daje znaku życia od tygodnia. do mnie się odzywał ostatnio w czwartek. chyba żyje. znowu też pytała, czy nie zamierzam jechać do anglii. znowu jej powiedziałam, że jak na razie nie wybieram się.
znowu, zanim zasnę, płaczę. nie spodziewałam się, że ten głupek będzie tyle dla mnie znaczył. czasem mi się wydaje, że jestem dla niego taką zabawką. że sobie ubzdurałam, że coś z tego będzie. ja jestem po szyję w tym morzu miłości, a Ty stoisz na brzegu, a woda ledwo dotyka Twoich stóp. patrzysz, a ja zaczynam czuć się jak idiotka. nie wiem, co mam zrobić, nie wiem.
moje życie jest zdominowane przez to durne uczucie, jestem zła na siebie za to. on potrafi być taki kochany, ale przez większość czasu mam ochotę go udusić. zaczynam się obawiać, że będę cierpieć… prędzej, czy później.